Polacy zapominają języka w gębie. A ścisłej mówiąc, znaczenia słów. Zamiast nazywać rzeczy po imieniu uciekamy do anglojęzycznych nowotworów słownych. Po co?

Eko-śmeko kontra jadłodajnia

Co się stało z kawiarniami? Ten rodzaj lokalu gastronomicznego praktycznie już nie istnieje. Zewsząd otaczają mnie Domy Kawy, Kawowe Nieba, nawet Planety Kawy. Niestety, żadnej kawiarni. Razem z kawiarniami zniknęły z naszej rzeczywistości (przynajmniej tej językowej) takie twory jak stary dobry bar, czy jadłodajnia. Ubolewam na tym. Może być coś bardziej dosłownego niż jadło-dajnia, miejsce w którym dają jadło. Zamiast niej dookoła tylko eko-resto-bistro. I co ja, biedny obywatel mam z tego zrozumieć? Rozumiem, że bar czy jadłodajnia kojarzy się z barem mlecznym. Ale z czym kojarzy się restauracja, czy kawiarnia, że od razu trzeba zmieniać jej nazwę?

Kuchenna rewolucje językowe

Przez całe lata byłem nauczony mówić al dente na sposób gotowania makaronu. Jakież było moje zdziwienie, gdy usłyszałem z ust kreatorki smaku i stylu, Magdy Gessler, że „kasza jest al dente”. Ot, zwykła gryczana, ugotowana AL DENTE. Włoskie sacrum spotkało profanum polskiej wsi. Słodkie.

Przez ostatnie lata przywykłem już do mówienia na makaron pasta, choć pastę to miałem i nie zmiennie do zębów lub butów. Prawdę mówiąc, skłonny jestem nawet przyznać rację tym, którzy twierdzą, że termin ten jest, po prostu, wygodny. Opisuje nie tyle sam makaron, ile potrawę na bazie makaronu. I to zgoda. W języku polskim nie ma odpowiednika dla tego rodzaju potrawy. Pewnie dlatego, że tak podanego makaronu się u nas nie jadało przez wieki.

Nie mniej, są w języku polskim zwroty i nazwy, które powoli, tak jak opisaną kawiarnie, wypieramy zamieniając je na bezpłciową i beztreściową nowomowę. Nie chodzimy na obiady tylko na lancze, brancze, srancze itp. Zamiast kolacji, a więc uczty w towarzystwie, wspólnego biesiadowania nie długo będziemy mieli już tylko cocktail party. Tyle tylko, że z cocktail party nikt najedzony nie wychodzi…

Gwiazdy mówią

Najbardziej drażni mnie, gdy sformułowania takie, jak te powyższe są na siłę przepychane do naszego języka. Prym wiodą w tym, oczywiście celebryci. Grzegorz Łaponowski na swoim blogu uparcie forsuje, w dodatku z błędną pisownią, termin chef. Słowem tym w krajach anglojęzycznych określa się szefa kuchni, kucharza z doświadczeniem lub kulinarnego celebrytę. Najczęściej jest to po prostu szef kuchni. Łaponowski właśnie to ma na myśli pisząc, że opisywanym projekcie brali udział „chiefowie”. Tyle tylko, że chiefowie to dosłownie szefowie. Nie kuchni, a firmy. W obu przypadkach wtrącanie takich rzadkich barbaryzmów raczej ośmiesza niż przydaje profesjonalizmu.

Podobnie z drugim, lansowanym przez celebrytę słowem foodie, o którym jeszcze kilka lat temu ani w Polsce, ani w stanach nikt nie słyszał. Foodie to po polsku koneser lub hobbista tropiący kulinarne smaczki i dobrze restauracje. Słowem smakosz. Tak chyba jest prościej i bardziej zrozumiale.

Dlaczego się zżymam?

Dlatego, że każde słowo w języku niesie ze sobą pewien obszar powiązanych znaczeń. Słowa, których używamy na opis potraw czy kulinarnych zwyczajów zawierają w sobie wiele informacji na nasz temat – jak jemy, co jemy, kiedy jemy i jaki mamy do tego stosunek. Przykład? – lunch to lekki posiłek, bogate drugie śniadanie. Tak wynika z etymologii tego słowa. Odpowiada raczej polskiemu śniadać, niż obiadowi, wskazującemu na porę dnia, w której się „obiadamy”. Boli mnie, że wielowiekową polską tradycje zastępujemy słowami, które z punktu widzenia naszej kultury gastronomicznej nie mają żadnego znaczenia. I gdy zaczynamy nazywać obiad lanczem, nie ma już znaczenia czy w jego ramach jemy samotnie kanapki w autobusie, czy spędzamy go w towarzystwie najbliższych na domowej uczcie.

 

5 KOMENTARZE

  1. Kiedyś typowy przedstawiciel społeczeństwa polskiego (robotnik, rolnik, itd.) jadł obiad po powrocie z pracy, czyli po godz. 15-16 (w tygodniu), a w pracy raczył się co najwyżej kanapką na szybkiej 10-minutowej przerwie (drugie śniadanie). Lunche pojawiły się w polskiej mowie wraz ze zmianą sposobu pracy, gdy pojawiły się setki tysięcy miejsc pracy biurowej i Polacy nie musieli już wsuwać kanapek w trakcie pracy, tylko mogli wyjść do pobliskiej restauracji na lekki obiad (w sensie składu posiłku, który w sensie zawieszenia w czasie był raczej drugim śniadaniem).

    Nie ma w języku polskim słowa określającego posiłki typowo obiadowe spożywane o godz. 12 w tygodniu (ani drugie śniadanie nie pasuje, bo ma zdecydowanie konotacje z śniadaniem, a obiady dalej są jedzone najczęściej o 16-17 po pracy). Dlatego zaadaptowano „lunch”.

    • Problem polega na tym, że terminu lancz najczęściej mylnie używa się w odniesieniu do posiłku o 13-15, który jest właściwy polskiemu obiadowi…
      Zgadzam się,że faktycznie obiad jako taki u nas jedzony później niż lunch, ale słowa lunch używamy błędnie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ