Słodkie, kolorowe i z alkoholem – tak zwane japońskie wina śliwkowe kuszą ciekawą etykietą idla wielu są synonimem orientalnego luksusu.

Kupując oczami nie głową dajemy się jedynie nabić w butelkę. Niestety, japońskie wino śliwkowe nie jest ani ze śliwek, ani z Japonii. Nie wspominając już nawet o tym, że nie jest winem.

Przed napisaniem tego artykułu dokonałem w głowie szybkiego przeglądu trunków z Japonii dostępnych na Polskim rynku. W dobrze zaopatrzonym alkoholowym znajdziemy sake,  whisky, wódki ryżowe (shochu), piwo, likiery owoce, nalewki i wina. Choć, co do tego ostatniego pewności nie mam, ale o tym poniżej.

Wódka, wino czy piwo?

O ile wódki, piwa i whisky z kraju kwitnącej wiśni nie różnią się szczególnie od alkoholi z innych stron świata, o tyle sake i tzw. japońskie wina śliwkowe mogą nastręczać nam pewnych problemów.  Najczęściej błędnie nazywa się sake wódką. Trunek ten nie jest destylowany i ma za ledwie kilkanaście procent alkoholu, choć kubeczki z jakich się go podaje mogą przypominać kieliszki do wódki. W procesie fermentacji przypomina raczej piwo niż wino, w końcu jest trunkiem zbożowym, choć przeważnie dla uproszczenia, z uwagi na ilość alkoholu nazywa się sake winem.

Ani wino, ani śliwkowe

O ile z ustaleniem, że sake nie jest wódką nikt, kto skorzysta z wyszukiwarki nie będzie mieć problemu, o tyle wyprostowanie drugiego bardzo popularnego mitu  jest już nieco gorzej. O co chodzi? O popularne japońskie wino śliwkowe. Z mojej krótkiej przygody dotyczącej handlu winem zapamiętałem, że przynajmniej kilka razy w tygodniu ktoś odwiedzał sklep tylko po to, by zapytać o ten trunek.  Cieszył się on tak dużą popularnością, że w końcu zagościł na półce między winami za 100 i więcej złotych.

Z tego co wiem, sieć sklepów o której mówię, nie była jedyną gdzie butelki słodkiego napitku schodziły na pniu. Może dlatego nikt nie zadał sobie trudu by wyprostować kilka oczywistych błędów. Po pierwsze, owe „wino” nie pochodzi w większości wypadków z Japonii, po drugie, co można wyczytać już z etykiety, nie jest to wino.

Kochamy Japonię

W polskich sklepach z reguły natkniemy się na wyroby marki Nuwang, które produkuje firma TOPHI z Hamburga. Co więcej, TOPHI nie produkuje wina, a napoje „winopodobne”, coś na wzór rodzimych win owocowych – sztucznie barwione i doprawiane. Nikt chyba nie wierzy, że bezbarwne liczi daje wino o głęboko różowym kolorze?

Rozumiem, że wielu osobom nalewka o smaku chemii odpowiada, bo faktycznie Nuwang to seria smacznych napitków. Nie rozumiem natomiast, dlaczego półlitrowa butelka wyglądająca nie jak wino, a jak owocowy syrop musi być tak droga. Za 25 złotych mogę znaleźć nie jedno tańsze i lepsze pełnoprawne wino. Ale na tym nie koniec japońskich paradoksów. Nuwang śliwki do swojego napoju przywozi z Chin, nie z Japonii.  Co więcej, ume, śliwka o której mowa, nie jest, z botanicznego punktu widzenia, śliwką a morelą. Umeshu – często sprzedawane w Polsce pod nazwą wina śliwkowego – to nic innego jak nalewka na ume.

Śliwka a sprawa polska

Myli się ten, kto myśli, że kupując droższy produkt otrzyma „pełnokrwiste” wino. Choya, druga najbardziej rozpoznawalna w Polsce marka japońskich wyrobów również produkuje w większości nie wina a nalewki. Jaka jest różnica? A no, taka, że zamiast poddawać owoce długiej i żmudnej fermentacji, która może nie wyjść, zalewa się je spirytusem, czeka kilka tygodni i nalewa całość do butelek. Ot, taka orientalna nalewka babuni.

Dystrybutorzy i hurtownicy wprowadzają konsumentów w błąd. Japonia nie jest krajem winiarskim, więc definicja tego, co i kiedy można nazwać winem tam nie obowiązuje. Na rynku panuje więc wolna amerykanka – japońskie wino śliwkowe raz jest chińskim likierem półsłodkim, a innym razem orientalnym napojem z Azji. Producent również nie używa w stosunku do tego napitku słowa wino. Słowo „shu” oznacza w języku japońskim alkohol w ogóle, nie zaś wino. Sama Umeshu, co potwierdziłem w korespondencji z  Takehiko Okazaki, managerem do spraw eksportu w Choya, jest likierem na bazie wina, nie zaś winem.

Nie szkoda pieniędzy?

Warto uświadomić sobie, że za 50 złotych otrzymamy naprawdę wysokiej klasy wino z największych winnych apelacji Europy, w którym nie uświadczymy żadnych polepszaczy smaku i aromatu, które przejść musi naprawdę skrupulatną kontrolę jakości, wino, które powstaje w całości w jednej winnicy, tej z której pochodzi.

 

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ