Byłem na Krakowskim Festiwalu Piwa. Oto moje wrażenia.

Krakowski festiwal piwa miał być największą imprezą tego typu w Polsce. Mnóstwo atrakcji, moc rozrywki i przede wszystkim multum dobrego piwa – tak imprezę tę widzieli organizatorzy. A jak było naprawdę?

Po pierwsze, lokalizacja

Przymiotnik „krakowski” w nazwie festiwalu był dla większości osób mylący. Zabierzów, gdzie faktycznie odbywała się impreza, oddalony jest od centrum Krakowa o ponad 10 kilometrów, od granic zaś o co najmniej pięć. Rozumiem intencje organizatorów, którzy hasłem „Zabierzowski Festiwal Piwa” nie przyciągnęliby pewnie nawet krakusów, co nie zmienia faktu, że nazwa jest zwyczajnie myląca, a dojazd utrudniony. By dostać się na zabierzowskie błonia trzeba było nie tylko dojechać do samego Zabierzowa, ale też przejść dość długą udeptaną drogą wśród okolicznych zarośli. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że teren festiwalu doskonale widoczny i dostępny był z biegnącej wzdłuż błoń drogi wojewódzkiej. Choć, uczciwie trzeba przyznać, że organizatorzy dołożyli starań, by ułatwić transport szczególnie dla gości opuszczających festiwal.

Zobacz też: Pożegnanie ze szklaną butelką – będziemy pić piwo z plastiku?

Po drugie, muzyka

Wśród opinii na festiwalowym fanpage’u dominują te, które podkreślają festynowy charakter imprezy – baloniki, odpustowe gadżety, karuzele i lecące ze sceny disco polo. Zgoda. Warto wspomnieć, że tegoroczny Festiwal Dobrego Piwa we Wrocławiu borykał się z bardzo podobną krytyką. Tak, jak podkreślałem w relacji z FDP, nie jest to klimat imprezy, który odpowiada mi najbardziej, ale realnie patrząc, nikt nie wynajmie filharmoników do grania Chopina podczas tego typu wydarzeń.

Osobnym tematem jest pan prowadzący imprezę, który, mówiąc bez ogródek prowadził ją w sposób prostacki i nieprofesjonalny. W którymś momencie imprezy zwrócił się do gości festiwalu by – tu cytat – „siedzieli na dupie”.

Po trzecie, żetony

Większość gości dziwić musiał system bezgotówkowych zakupów piwa. Każde lane piwo kosztowało odpowiednio jeden, dwa lub trzy żetony. Jeden żeton wart był trzy złote i tylko ważny był tylko w strefie piwa – oprócz niej była też strefa gastronomiczna i strefa dla dzieci. Za jedzenie i inne atrakcje płacić należało gotówką. System sprawdziłby się dużo lepiej, gdyby cała oferta festiwalu była za żetony.

Po czwarte, piwo

Piwa na festiwalu było znacznie mniej, niż zakładano. Organizatorzy uznali, że wystarczy, by dany browar reprezentowało choćby jedno piwo. W efekcie, lista festiwalowych atrakcji wyglądała dużo lepiej niż w rzeczywistości. Nie wiele browarów miało własne stoiska, choć trzeba przyznać, że było w czym wybierać – Doctor Brew, Ninkasi, Browar Na Jurze, Pilsweizer, Browar Bednary, oprócz tego szereg stoisk gdzie można było spróbować piw z Brew Doga czy Anchor Brewing.

Zobacz też: IV Festiwal Dobrego Piwa

Dlaczego i tak przyjadę za rok?

Festiwal cierpiał z powodu wielu niedociągnięć i braków. Ale mówiąc o tym, nie sposób nie zauważyć, że to pierwsza edycja imprezy , dodajmy jedynej imprezy tego typu w Małopolsce. Takie niedociągnięcia są rzeczą nieuniknioną – warto poczytać relację z imprezy w Poznaniu czy Annopolu. Może z wyjątkiem niewielkiej liczby browarów i kiepskiego dojazdu nie zaobserwowałem tu niczego, czego nie obserwowałbym wcześniej, na przykład, na FDP.

Cieszy mnie, że impreza mimo tych mankamentów przebiegła w bardzo fajnej atmosferze. Wydawanie piwa szło dość sprawie, nigdzie nie stałem w kolejce dłużej niż kilka minut. Wybór piwa nie był oszałamiający, ale bez problemu znalazłem sporo interesujących pozycji.

Na festiwal w Zabierzowie należy patrzeć jak na imprezę lokalną, kierowaną głównie do osób z Krakowa i okolic. I jako impreza regionalna, KFP sprawdza się doskonale. Przed kolejnym festiwalem organizator czeka nie mało pracy. Mimo to, już dziś wiem, że chętnie przyjadę do Zabierzowa za rok.

ChomikImage.aspx

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ