Prawdziwa pizza i sushi, frytki bardziej belgijskie niż Walonia, zupa w słoiku – to tylko niektóre z obecnych kulinarnych trendów do których żywię głęboką, osobistą nienawiść.

Pizzeria to nie restauracja

Pizza, historycznie rzecz ujmując, była jedzeniem biedoty, której nie stać było na wykwintne frykasy jadane przez wielmożnych. Drożdżowy placek z sosem pomidorowym nie ma w sobie po dziś dzień nic szczególnego, tak jak i chleb. Owszem, są chleby, lepsze i gorsze , smaczniejsze i te całkiem ohydne, ale przywiązywanie do ciasta drożdżowego takiej samej wagi jaką przywiązuje się do zakupu kawioru albo butelki Chateau Petrus jest po prostu śmieszne. Lokal, który sprzedaje pizzę to dla mnie pizzeria. Nie zależnie od tego, co kładzie on na swoich drożdżowych plackach. To wciąż najtańsze w produkcji i stosunkowo podłe jedzenie. I nie ma w tym nic złego, o ile ktoś nie każe nam za nie płacić kroci tylko dla tego, że jest serwowane we „włoskiej restauracji”, na włoską modłe, bo jest to pizza „prawdziwa”.

Wieczór panieński – orgia żenady w pięciu prostych krokach

Futumaki to wciąż rolka ryżu i glony

W rolce sushi nie tkwi tajemna moc wielowiekowej samurajskiej tradycji. Uważanie, że rolka z ryżu, surowej ryby i glonów jest czymś ekskluzywnym, bo przywędrowała do nas z dalekiej Japonii jest mocnym nieporozumieniem. Po pierwsze, dzisiejsze sushi to bardziej wynalazek Kalifornijczyków niż mieszkańców Japonii. Nie sądzicie chyba, że przeciętna Japońska rodzina delektuje się zieloną kupką błyszczące, ostrej papki podczas niedzielnego obiadu? Tym, którzy myśleli, że tak wygląda chrzan, polecam odwrócić tubkę wasabi i przeczytać listę składników. Nie wspominając już o podejrzanie kolorowym i bardzo długowiecznym imbirze – nie moi drodzy, imbir NIE JEST naturalnie różowy. Sushi to kolejny przykład niezwykle taniego, szybkiego w przygotowaniu posiłku, którego wysoka cena może być tłumaczona tylko egzotycznym charakterem tej rzekomo japońskiej przekąski.

Belgijskie, czyli droższe

Tak zwane oryginalne frytki smaży się na smalcu, krojąc świeże ziemniaki w grube słupki. Całość podaje się z majonezem. Mrożonka ziemniaczana wrzucona do frytury to frytki belgijskie, a polanie ich sosem tysiąca wysp nie tłumaczy ich wziętej z sufitu ceny. Od lat dziewięćdziesiątych frytki można kupić w Polsce każdej przydrożnej budzie z jedzeniem za kilka złotych. Ich jakość choć różna, nie musi wcale odbiegać od tego, co dostaniecie w poplamionej tłuszczem torebce w jednym z modnych ostatnio obwoźnych lokali. Warto o tym pamiętać.

Drogi, bo zdrowy burger wołowy

Podobnie jak frytki, również i hamburgery dostępne są w Polsce od przeszło ćwierćwiecza. System ich przygotowywania i składniki zmieniły się aż tak diametralnie, by nagle z bułka z kotletem bez żenady zagościła na slow foodowych salonach. Oczywiście, burger ze świeżej wołowiny to już nie wieprzowy kotlet podejrzanego pochodzenia, ale czy naprawdę kawałek tłustego, mięsa zamknięty w ociekającej sosem pszennej bułce jest wiele zdrowszy od znacznie tańszego kebabu? Moim zdaniem, nie. A problemem starych burgerów nie był dodatek wieprzowiny, a brak odpowiednego marketingu. Podobnie jak w przypadku frytek belgijskich nazwanie starego ham,chicken, fish, czy beef burgera po prostu burgerem z automatu podnosi jego cenę o minimum jedną trzecią.

Top 10 obciachów w ubiorze pań i panów

Słoiki dla słoików

Jestem słoikiem. Wyemigrowałem z Krakowa do Stolicy i nie lubię, gdy na każdym kroku, ktoś wypomina mi moje małomiasteczkowe pochodzenie. Dlaczego więc w tak wielu barach, pubach, restauracjach i jadłodajniach dziś wszystko musi być serwowane w tych przeklętych słoikach? Zupa ? W słoiku z zakrętką, sałatka – w słoiku na weki, cukier? Może w słoiku na drzem. Piwo, drinki, nawet desery – wszystko do słoika. Owszem, część z tych artystycznych instalacji (tak chyba należy to określić) ma jakiś zamysł i sprawdza się dobrze. Nie mniej, lokal, który wszystko podaje w ten sposób przypomina najgorszego sortu bar mleczny, w którym nie ma pieniędzy nawet na solniczki, więc zamiast nich klientom oferowane są (a jakże!) słoki z wywierconymi w zakrętce dziurkami. Czy naprawdę szklanki, talerze i kubki to dziś drogi przeżytek dawnej gastronomii?

Znaj proporcje mocium panie!

Mody mają to do siebie, że są nietrwałe. Zauroczenie Polaków sushi powoli mija, ustępując pola innym wariacjom kulinarnym. Podobnie będzie zapewne z wyrastającymi jak grzyby po deszczu burgerowniami, które nie tak dawno zastąpiły przecież tak popularny do niedawna kebab. Każde ze wspomnianych w tym tekście rzeczy, ma w gastronomii swoje miejsce. Ani wspomniane słoiki, ani pizza, ani nawet futomaki nie rażą mojego poczucia estetyki. Co więcej, sam chętnie sięgam i po sushi i po pizzę (a nawet słoiki). Drażni mnie jednak zaburzenie proporcji i sztuczne wynoszenie na piedestał rzeczy, które z oczywistych przyczyn nie powinny się tam znaleźć, a zostały wywindowane jedynie po przez przemijające gastronomiczne mody. Gdyby dziś ktoś oferował mi na przykład wprowadzenie do filozofii jedzenia hash browns (czyt. Placków ziemniaczanych), każąc mi przy tym płacić za nie krocie, reagowałbym równie stanowczo i równie alergicznie.

 

fot. Henar Lanchas
fot. Henar Lanchas

 

 

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ