Co mają ze sobą wspólnego odbyt wieprza i bycza żółć? Wbrew pozorom, bardzo dużo. Obie te rzeczy, dzięki mediom, stworzyły bardzo popularne miejskie legendy. O to historia tej medialnej farsy w pięciu aktach.

Akt I: Cudowne przemienienie w Oklahomie

Informacja o tym, że producenci żywności zamieniają świńskie odbytnice w kalmary obiegła świat w styczniu 2013 roku za sprawą audycji radiowej Doppelgängers, w której reporter Ben Calhoun tropił osobliwy spisek świńskich rzeźników. Zaczęło się od e-maila, w którym fan programu poinformował Calhouna o rzekomym procederze cudownej przemiany świni w kalmara w fabryce w Oklahomie. O przemianie tej słyszał od znajomego, który miał pracować w owym zakładzie. Tenże znajomy znalazł karton z nalepką „sztuczne kalmary”. Gdy zapytał szefa o, co jest w pudełku, jego przełożony odparł „Świńskie odbyty, które zostaną pokrojone w krążki, usmażone w głębokim tłuszczu i boom. Gotowe”.

Historia miała względnie wiarygodne podstawy. W kuchniach azjatyckich wykorzystuje się bardzo wiele niejadalnych części zwierząt ,na przykład jądra. Rzekomo, odbyty miały powędrować w dużej części właśnie do tych krajów. Poza tym, wszyscy wiemy, że przemysłowi krwiopijcy zrobią wszystko, by wycisnąć ze świńskich odpadków choćby jeden dodatkowy dolar, więc wykorzystanie soczystych zwieraczy wydać się może racjonalne. Brzmi wiarygodnie? Właściwie tak. Gdyby nie kilka detali.

kalmary świńskie odbytyNikt, łącznie z menagerem wspomnianej fabryki, nie potwierdził, by świńskie były w ogóle opisane w ten sposób. Takie nazewnictwo nie tylko zdradza potencjalnych oszustów, ale jest również zakazane przez Amerykański Departament Rolnictwa, instytucję zajmującą się kontrolą żywności. Nikt również, ani pracownicy przemysłu żywieniowego, ani chiński antropolog, ani Eddie Lin, kulinarna gwiazda TV i człowiek który świńskie zwieracze przeżuwał około stu razy, nie potwierdzili tego mitu. Przemysł spożywczy widać dobrze się kamufluje.

Na koniec Ben Calhoun usmażył i zjadł z redakcyjnymi kolegami świńskie kalmary, tylko po to by stwierdzić, że… smakują jak kalmary. Materiał kończy się jednak jedynym wyraźnie postawionym wnioskiem. – Nie mam żadnych dowodów na to, że ktokolwiek, gdziekolwiek próbował kiedykolwiek próbował podawać świńskie odbyty jako kalmary w restauracji – stwierdza autor materiału w jednym z kończących reportaż zdań. Gdyby materiał nie był sygnowany nazwiskiem dziennikarza pozostałby tylko miejską legendą.

Akt II: Media demaskują świński spisek

Niedługo po ukazaniu się omawianej audycji sprawą interesują się inne, znacznie bardziej opiniotwórcze media. Niestety, większość z nich skupia się na graficznym przedstawieniu rozkoszy płynących z jedzenia zwieracza świni. Wnioski kończące materiał Calhouna zostają przemilczane. Pojawiają się za to inne, znacznie bardziej nośne tezy. Choć nie wprost, z newsów tych wynika także, że Amerykanie masowo raczą się świńskimi odbytami w restauracjach na terenie całego kraju. Serwisy, które podają te informacje w większości powołują się na materiał Calhouna. W tym samym czasie, gdy w USA trwa debata nad cudownym przemienieniem Amerykański kongres pracuje nad ustawą zaostrzającą przepisy dotyczące bezpieczeństwa żywności, która dotyczy również kwestii żywieniowych fałszerstw. Zastanawiający zbieg okoliczności, szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę dalsze losy legendy o przemienieniu.

Akt III: Legenda o przemienieniu i posłanka od odbytów

Pod koniec 2013 roku informacja o świniach przebranych za kalmary dociera do Europy. Należąca do Europejskiej Partii Ludowej Esther de Lange w kilku wywiadach powraca do tematu, uparcie twierdząc, że supermarkety w Europie sprzedają świńskie kalmary. Sprawie towarzyszy raport Europarlamentu na temat kryzysu żywnościowego i oszustw na rynku produktów spożywczych.

Mam mocne podstawy by przypuszczać, że rewelacje europosłanki mają swoje korzenie w amerykańskim micie o przemienieniu. Wiem to, bo raport o którym mowa nie wspomina oni ANI SŁOWEM o kalmarach. Nie ma też wzmianki o osławionych świńskich odbytów. Kalmarów nie ma też, wbrew temu co twierdzą niektórzy dziennikarze, na słynnej liście najczęściej fałszowanych w UE produktów:

lista

Przy bardzo życzliwej interpretacji można przyjąć, że kalmar to ryba. Przy nieżyczliwym podejściu, ktoś mógłby zarzucić pani Esther de Lange, że gra pod publiczkę. I ja ją rozumiem. Świńska dupa bulwersuje mnie znacznie bardziej niż podrabianie oliwy z oliwek. Dziwnym zbiegiem okoliczności płomienne wystąpienie de Lange zbiega się w czasie z propozycjami zaostrzenia standardów kontroli żywności na terenie UE.

Akt IV: krucjata przeciwko oszustom – Odbyt wieprza w natarciu

Niedługo po ogłoszeniu raportu Superexpress donosi: Podawali odbytnice zamiast drogich kalmarów – i dodaje – Kto wie, ile elegantek oblizywało paluszki po tym przysmaku? – Nie wiemy jednak najważniejszego. Kto komu podawał owe przysmaki? Esther de Lange? Europejskie markety? Polskie sklepy. W żadnym z doniesień (ani w USA, ani w Polsce) nie pojawia się informacja o tym, by któryś z uczestników tego gigantycznego spisku został pociągnięty do odpowiedzialności lub przynajmniej złapany na gorącym uczynku. Ta sama informacja pojawia się na opiniotwórczym Onecie, Wirtualnej Polsce i Gazecie.pl.

Kalmary, świńskie odbytyInformacja o cudzie przemienienia zaszyta jest często między prawdziwymi informacjami o tym, że wiele produktów spożywczych rzeczywiście jest „podrabianych”. Jabłko „bio” wcale nie są bio, a piwo zawierające 5,5 proc. alkoholu ma go tak naprawdę tylko 4,2. Miłośnicy piwa pamiętają zresztą podobny mit.

Akt V: O tym, co ma piwo do odbytu

W 2010 roku internet obiegła informacja o byczej żółci rzekomo dodawanej zamiast chmielu do produktów największych browarów. Spekulacje w dużej mierze ucięli miłośnicy piwa. Tomasz Kopyra szczegółowo wyjaśnił dlaczego jest to niemożliwe, a Michał Kopik to nawet pokazał. W krótkim c

fot. wiocha.pl

zasie temat byczej żółci podchwycili piwni blogerzy i dalej poszło już gładko. Media głównego nurty mogły nasycić się teraz sensacyjną informacją o tym, że w piwie byczej żółci nie ma.

Zaczęła się więc seria artykułów o High Gravity Brewing. HGB, dla tych którzy nie śledzą wszystkich skrótów związanych z piwem, to nic innego jak rozcieńczanie gotowego, odfermentowanego piwa wodą. Browary korzystają z tej metody, bo wydajniej jest odfermentować mocniejszą brzeczkę, którą potem rozcieńczyć można do preferowanej mocy. Piwo zajmuje mniej miejsca, fermentacja jest wydajniejsza, mamy większą kontrolę nad mocą. Dla Internetu to jednak niezbity dowód na to, że koncerny (czytaj: złodzieje) trują nas chrzczonym piwem. Tu oczywiście dochodzi jeszcze wielokrotnie obalany mit rozwadniania piwa w knajpach no i mamy prawdziwą aferę. Co więcej, nie wiadomo, które browary HGB stosują – w domyśle chodzi więc o wszystkie koncernowe.

Moja ulubiona gazeta , Fakt o HGB pisze:

<<HGB, to skrót od High Bravity Grewing, czyli metody „sprzężonej brzeczki”. (…)To tak jakby porównać stuprocentowy sok z napojem. >>>

Oczywiście, nie tylko rozszyfrowanie skrótu jest bzdurą. Każdą brzeczkę rozcieńcza się wodą. Napój nie różni się od soku ilością wody, ale dodatkami typu cukier i aromaty. Różnica jest tak znacząca, że napój musi zostać wyraźnie oznaczony i nie może być sprzedawany jako sok. Konia z rzędem temu, kto odróżni piwo po HGB od tego fermentowanego w otwartych kadziach lub wedle tradycyjnych metod. Nie mniej, browary regionalne nie miały by szansy na lepszą reklamę. W szumie informacji nikt nie zauważył, że HGB to najmniejsze zmartwienie piwowarów.

Przeczytaj dlaczego piwo koncernowe jest lepsze niż to regionalne

Takich tematów Internet i media przerabiają całe setki. Schemat jest prosty – dziennikarz demaskuje potworny skandal, podając niesprawdzoną informację o tym jak nas oszukują. Internauci informacje podchwytują, bo wiadomo, każdy producent żywności to przecież z definicji oszust i złodziej. Informacja zaczyna żyć własnym życiem, do momentu, aż ktoś je nie zdementuje. Mieliśmy więc serie doniesień o zabójczej pasteryzacji, byczej żółci, doprawionych chemią drogich winach i tym podobnych. Ponieważ kochamy demaskować urojone oszustwa, takich tematów będzie przybywać. Mam jednak jedną, banalnie prostą radę dla wszystkich, którzy wierzą w tego rodzaju rewelację – weryfikujcie to, co czytacie. W przeciwnym razie, emocjonalnie wylewając swoje żale, dajecie się po prostu manipulować tym, którzy informacje takie tworzą.

fot. tytułowe flickr.com/alfa

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ