Byłem na Whisky Live Warsaw 2015. Choć piłem głównie gin, rumy i okowity, to już dziś wiem, że wrócę tam za rok.

IMG_5818-2Odbywający się w zeszły weekend Whisky Live Warsaw przyciągnął rzesze fanów dobrych trunków. Pierwsze co rzucało się w oczy, już na parterze hotelu Countyard Marriott to ogromna frekwencja. Niemal przy każdym z niewielkich stoisk panował tłok, który rozładował się dopiero późnym popołudniem. Trudno jednak dziwić. Nie często można spróbować tylu produktów czołówki światowych producentów whisky, a tych była cała masa – od bardzo silnej reprezentacji Szkocji, przez Stany Zjednoczone, Indie, Tajwan, Japonię, na Islandii skończywszy. Każdy, kto tylko kupił bilet na ten festiwal mógł poznać elitę światowej produkcji słodowych trunków – od torfowej Islay, przez wszystkie regiony Szkocji, Irlandię, USA, na Azji skończywszy.

Rumy Botucal – deser w płynie

Oczywiście, miłośnikowi whisky trudno mi było nie zatrzymać się przy takich gigantach jak Ardbeg, Glenmorangie, czy Suntory, ale dla mnie najciekawszym doświadczeniem festiwalu była możliwość spróbowania czegoś z „zupełnie innej beczki”. W tej serii Botucal zdegustować można było bezpłatnie w sumie trzy rumy – 4 letni (Añejo) 8 letni (Reserva), i 12 letni (Reserva Exclusive). Wszystkie trzy to połączenia destylatów otrzymywanych w destylacji kolumnowej i alembikowej. Największe wrażenie zrobiła na mnie wersja dwunastoletnia. W aromacie wyraźnie dało się wyczuć ciasto biszkoptowe nasączone alkoholem, suszone owoce, rodzynki, wanilię z nutami kawy, toffi, karmelków i gorzkiej czekolady. Słowem, cały deser w jednym małym kieliszku.

Moonshine Climax – „very nice” okowita

Oczywiście, odwiedzającym Whisky Live przyspieszały puls przede wszystkim produkty w Polsce niedostępne lub bardzo rzadkie. Tu warto wymienić świetne whisky z Indii (Paul John), produkty Rebel Yell z Kentucky czy whisky z islandzkiej destylarni Eimverk.

Choć na festiwalu, co oczywiste, dominowała właśnie whisky, nie zabrało też silnej reprezentacji innych destylatów, łącznie z niszową okowitą. Największym zaskoczeniem w kategorii zbożowych destylatów okazała się dla mnie okowita przywieziona przez „gwiazdę” festiwalu Tima Smitha , znanego z serii Bimbrownicy na Discovery Channel. Mocno zbożowy, kukurydziany Climax Moonshine, z osobliwie długim (nomen omen) finiszem przypominał mi (paradoksalnie!) skrzyżowanie grappy z żytnią whisky.

Wymieniliśmy z Timem Smithem kilka uwag na temat jego destylatu. Twórca Climax ożyj się najbardziej na mój komentarz „it’s really nice”. Nice it’sbardzo dobre”, yes?” – zapytał, po czym odkrył obrus zakrywający niewielki stolik i wprost na drewnianym blacie namalował markerem kolejną kreskę. Rozbawiony zapytałem, czy liczy ile razy ktoś pochwali jego trunek. Tim odsłonił resztę stołu pokazując z dumą ilość zebranych „pochwał”. Czarne kreski biegły już wzdłuż dwóch krawędzi stołu – podejdź na inne stoiska i zapytaj ich ile „bardzo dobre” oni mają – powiedział nie kryjąc zadowolenia. Gdy rozmawialiśmy w sobotę, amerykański gorzelnik liczył, że uda mu się zapełnić pochwałami wszystkie cztery krawędzie stolika.

IMG_5790-2

Kminek, jałowiec i tradycja

W tej samej kategorii swój produkt prezentowała destylarnia Eimverk z Islandii. Mocno kminkowa, okrągła i słodka okowita zrobiła na mnie spore wrażenie. Oprócz niej, z produktów Eimverk w warszawie spróbować można było whisky Floki, oraz świetnego ginu Vor. Ten drugi przypominał nieco bardziej jałowcową, zadziorną wersję jeneveru, z wyraźnie słodkim finiszem. Jak twierdzi współtwórca Vor, gin ten ma nawiązywać do holenderskich korzeni tego trunku, stanowiąc przeciwieństwo dla nowoczesnych brytyjskich destylatów spod znaku „London dry”.

Nieco inne zdanie na temat tradycji mieli z pewnością twórcy francuskiej destylarni Monteru, która specjalizuje się w „odmianowych” brandy. Ich produkty to destylaty powstające w całości z jednego rodzaju winogron. W swojej ofercie mają brandy z typowych winiarskich odmian (Cabernet, Chardonnay, Merlot), które uderzają złożonym, niezwykle silnym aromatem, mocno różniącym się od tego, co proponują nam producenci koniaków czy armaniaków.

Pełen przekrój słodowego świata

To oczywiście zaledwie wycinek z tego, czego można było na Whisky Live Warsaw spróbować. Nie jestem wstanie nawet wymienić tu wszystkich alkoholi, którymi kusili wystawcy, a już z pewnością nie sposób je wszystkie zrecenzować. Każdy, kto chciał poznać bogaty świat whisky mógł tu spróbować wszystkiego – od popularnych blendów, przez znane single, kończąc na absolutnych słodowych perełkach. Nie wspominają już o innych rodzajach alkoholu (od armaniaku, przez szampan, po wódkę). Przeważająca większość tych specjałów dostępna była za darmo, w cenie biletu. Dodatkowo, organizatorzy dawali także możliwość wzięcia udziału w odpłatnych degustacjach, ale tych opisywać nie mogę, gdyż przy takiej ilości fantastycznych alkoholi nie starczyło mi na nie zwyczajnie czasu.

To wszystko sprawia, że już dziś z dużą dozą pewności mogę powiedzieć, że na Whisky Live wrócę chętnie za rok. Nawet jeśli miałbym degustować tylko rumy, giny i okowity.

 

fot. w tekście: Przemysław Ziemichód / Łokcie Na Stole

 

4 KOMENTARZE

  1. W pierwszym odcinku nowej serii polski dystrybutor anulował drugie zamówienie, ciekaw jestem czy za pierwsze zapłacił i nie wyrolował Tima. Wcześniej, pokazana była jego twarz, skądś znajoma…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ