Piwna rewolucja nabiera rozpędu. Oto, co należy o niej wiedzieć, by nie pogubić się w gąszczu IPA, IBU i innych branżowych skrótów.

Ciemne wieki panowania jasnego piwa

Jasny, lekko gorzki, mocno gazowany napój był jedynym stylem piwem jaki do niedawna znaliśmy. Koncerny piwowarskie konkurowały ze sobą wszystkim, z wyjątkiem różnorodności. Piwo miało być jasne i raczej bezpłciowe, bo tylko w taki sposób mogło trafić w gust przeciętnego kowalskiego. Takie było także nasze wyobrażenie piwa i tego szukaliśmy na sklepowej półce, godzinami rozprawiając na temat różnicy w smaku Żywca i Okocimia. Do czasu, aż nie pojawiła się piwna rewolucja, która jak się wydaje, ma ambicję postawić na głowie nasze gusta i rozumienie piwa. A na czym polega?

Czym jest piwna rewolucja?

Więcej ma być przede wszystkim chmielu. Sztandarowe piwa piwnej rewolucji to te, które przesuwają granice smaku zwiększając naszą tolerancję na goryczkę. Dobre IPA może mieć w sobie dziesięć razy więcej chmielu niż jego koncernowy odpowiednik i wciąż będzie nie tylko pijalne, ale przede wszystkim smaczne. Przekonać się może o tym każdy, kto sięgnie po któreś z rodzimych India Pale Ale. Duże znaczenie mają tu międzynarodowe jednostki goryczy (IBU), wyrażane skalą od zera do ponad stu. Upraszczając – im więcej IBU, tym bardziej goryczkowe piwo. Koncernowe jasne pełne jednostek goryczy ma zaledwie 18-25. To samo piwo, uważane przez browar rzemieślniczy będzie miało ich nawet 50. Podwójne IPA może posiadać nawet 110-120 IBU. Chmiel to jednak nie tylko goryczka, ale także mocno pożądany przez nas aromat.

Zobacz: Co to jest IPA?

Więcej aromatu

Rzemieślnicy piwni jako pierwsi odkryli, że dodanie chmielu do gotowego już piwa (tzw. chmielenie na zimno) znacząco wpływa na jego zapach. W gotowym produkcie pojawiają się aromaty, których nie sposób uzyskać przy pomocy innych metod. Gdy piwowarzy odkryli, że amerykańskie odmiany chmielu mogą wprowadzić do piwa aromat owoców cytrusowych, melona, liczi, mango, a nawet róży, na potęgę zaczęli doprawiać swoje wyroby. Dziś określenie „American” przed nazwą stylu piwa oznacza, że możemy spodziewać się w nim bukietu pełnego takich właśnie zapachów. Wszystkie one pochodzą właśnie od chmielu. Co więcej, amerykańskie, nowozelandzkie, australijskie odmiany chmieli zaczęły przenikać także do innych, do tej pory słabej chmielonych styli piwa. A tych, w piwnej rewolucji nigdy nie brakowało.

Jakość w ilości

Piwną rewolucję można by podsumować hasłem „jakość w ilości”. Mikro browary rzemieślnicze w ciągu jednego roku potrafią wypuścić na rynek więcej styli piwa niż browar koncernowy w ciągu dekady. Browary rzemieślnicze często eksperymentują ze stylami sezonowymi, wypuszczając piwa w bardzo małych partiach, w edycjach kolekcjonerskich. W ich stałej ofercie nie brakuje styli, które dla dużego koncernu byłyby nieopłacalne w produkcji, z uwagi na zbyt duże koszty i niski spodziewany zysk.

Produkt premium

Piwni rzemieślnicy mogą pozwolić sobie na dodatek 10 rodzajów chmielu i eksperymenty z rzadkimi słodami czy dodatkami, bowiem ich produkty, z założenia bronią się jakością. A za jakość klienci płacą chętnie i wcale nie mało. Zdarza się, że butelka piwa z wziętego browaru kosztować może nawet sto złotych, ceny powyżej 7 złotych za butelkę są dziś rynkowym standardem. Szczególnie, jeśli piwo wychodzi z pod ręki cenionego piwowara.

Zero anonimowości

Piwna rewolucja zrywa z anonimowością. W produktach browarów rzemieślniczych liczą się ludzie stojący za konkretnym produktem, niekoniecznie związani z jednym tylko browarem. Linia produkcyjna, kadzie warzelne i produkty mogą podróżować z nimi po całym świecie, a piwa mogą być kontraktowane w bardzo różnych miejscach. Jednak to ludzie, często znani z podpisu na etykiecie, są gwarantem jakości. I to niezależnie, czy produkują lekkie, jasne pilsy, czy aromatyczne eksperymenty ze słodu żytniego, kasztanów i kumkwata.

 

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ