Polacy z Order of Yoni stworzyli trunek z dodatkiem bakterii pochwowych. Teraz chcą sprzedawać je komercyjnie. Ku nieszczęściu nas wszystkich.

Piwo z bakteriami waginalnymi?

Wyobraź sobie kobietę swoich pragnień, jej urok, jej zmysłowość, jej namiętność, jej smak jej zapach usłysz jej głos.Teraz uwolnij swoją fantazję i wyobraź sobie, że za dotknięciem czarodziejskiej różdżki możesz zamknąć to wszystko w jednej butelce piwa – tak rozpoczyna się film promujący całe przedsięwzięcie. Dalej jest już tylko gorzej. Yoni (sanskryt: wagina) to piwo powstałe z dodatkiem bakterii znalezionych, no cóż… w czeskiej modelce. Ta jest w dużej mierze twarzą kampanii, bo ani mikroby, ani miejsce, z którego pochodzą na klipie się nie znalazły. To akurat na plus. Bo po obejrzeniu klipu reklamującego piwo z Order of Yoni tylko jeden komentarz cisnął mi się na usta. Pozwólcie, że przedstawie go w formie wideo:

Esencja marketingowej wpadki

Twórcom piwa udało się uchwycić typowy dla producentów komercyjnego piwa seksizm. W dalszej części klipu, której cytowania sobie oszczędzę pada spory podkręcających emocje słów, na czele z “instynkt”. Dla tych, którzy jeszcze się nie domyślili mam jednak złą wiadomość. Bakterie kwasu mlekowego użyte w tym piwie nie zawierają ani modelki, ani instynktu, ani esencji kobiecości. Ich zadaniem jest “zepsuć”, a mówiąc technicznie, zakwasić piwo. Gdyby nie źródło bakterii, nie było by w tym piwie nic nadzwyczajnego. Każdy rzemieślniczy browar może uwarzyć kwaśne piwo. Tyle, że trudno mówić, by ludzie stojący za Order of Yoni byli w ogóle browarem.

Order of Yoni, czyli o co chodzi?

Pieniądze na wyprodukowanie piwa pochodzą z crowdfoundingowej zbiórki na serwisie IndieGogo. Za projektem nie stoi żaden znany z imienia i nazwiska piwowar oraz chyba nikt, kto chciałby się chwalić publicznie umiejętnościami warzenia tego trunku. O co więc chodzi? Tego typu “zaprojektowane” produkty są marketingowymi tworami, które mają przyciągać uwagę na dwa sposoby. Po pierwsze, po przez wytworzenie pewnego wrażenia, otoczki. Po drugie, po przez medialną burzę.

Piersi, gorzałka plus Internet

Istnieje w marketingu pewne podzielane przez niektórych przekonanie, że seks faktycznie sprzeda wszystko, a napalonym facetom w każdym wieku, można wcisnąć nawet worek kurzu i słoik z powietrzem o ile powiążemy to jakoś z erotyzmem.Oczywiście, nie wystarczy sam seks, by produkt utrzymał się na rynku. Potrzeba jeszcze sporo marketingowej i PR pracy. Wie o tym niemiecka firma G-spirits, która zasłynęła dzięki serii alkoholi przelewanych przed butelkowaniem przez nagie piersi modelek. Brzmi absurdalnie? Wystarczyło, by zapewnić firmie odpowiedni medialny rozgłos.

Przepis na sukces

Internet nie zapomina, a news wpuszczony do niego jeden raz potrafi żyć już własnym życiem. Firma, która szuka rozgłosu powinna więc inwestować nie tyle w reklamę, co w zainteresowanie mediów elektronicznych. Im w większej ilości miejsc nasz produkt się pokaże, tym większa szansa, że zostaniemy uwiecznieni w Internecie po wsze czasy. A jak zapewnić sobie odpowiednio szeroki rozgłos? Wybierając możliwie kontrowersyjne, odjechane i dziwaczne tematy. W przypadku piwa, są to przeważnie trunki z dodatkiem pizzy, bekonu, uwarzone z ziemniakami, drożdżami ze starożytnego Egiptu, albo z waginalnymi bakteriami. Choć, czasem wystarczy tylko seks. G-spirits, twórca biust-alkoholi doświadczył tego na własnej skórze.

Od wielu lat, podobne zainteresowanie notuje browar Samuel Adams, który cyklicznie wypuszcza limitowane piwo Utopias – trunek porządny głównie przez dziennikarzy i redaktorów blogów. “Górki” na wykresie to okres, gdy Utopias trafia do sklepu.

Piwo podyktowane popularnością

Google trends pozwala na śledzenie długofalowych zmian w zainteresowaniach Internautów. Krótka obserwacja powyższych wykresów pozwala stwierdzić, że wypuszczanie na rynek piwa w stylu pomysłu Order of Yoni to zabieg obliczony na taką właśnie chwilową popularność, która być może wypozycjonuje dany produkt na dłużej.  Czy zatem waginalne piwo jest nam potrzebne? Konsumentom zapewne nie, marketingowcom już tak. O ile potrafią umiejętnie korzystać z własnego sukcesu.

 

W przypadku Space Barley widać jak na dłoni, że nie zawsze marketing załatwi nam sukces. Piwo zrobione z jęczmienia wysłanego w kosmos zadebiutowało w grudniu 2009. Po nim pojawiły się jeszcze piwa wysłane w stratosferę, piwo z drożdży ze stacji komiczniej, oraz whisky dojrzewająca w kosmosie. Wszystkie zapewniły właścicielom chwilowy rozgłos, który być może stworzył konkurencje dla kosmicznego jęczmienia.

Twórcy waginalnego piwa mogą jednak spać spokojnie. Nikt raczej prędko nie wpadnie na podobny pomysł. Przynajmniej taką mam nadzieję.

fot w nagłówku pixabay.com

BRAK KOMENTARZY

ZOSTAW ODPOWIEDŹ